..
Marcin Bończa-Tomaszewski

 
 
2015-04-30
Odsłon: 1252
 

6.5 - studium przypadku własnego Everestu

 

W swojej pracy pomagam różnym osobom osiągać to, czego pragną. Ale sam też zmagam się ze zdobywaniem własnych Everestów. Na mojej osobistej liście mam wiele osiągniętych, niezrealizowanych, jak i takich, które chciałem zrealizować, ale z nich zrezygnowałem.

 

 

 

Instrukcja do 9c. Część I - link

 

Instrukcja do 9c. Część II - link

 

 

 

Definiowanie planów, ich weryfikowanie, realizowanie jak i rezygnacja z celów towarzyszą nam tak w życiu jak i we wspinaniu. Jako że z minionych doświadczeń można wynieść pozytywne lekcje pozwalające nabrać motywacji do realizacji nowych marzeń, tym razem weźmiemy za przykład stricte wspinaczkowy cel, czyli przejście 6.5.

 

 

 

CEL I PLAN. Dla większości wspinaczy wspinanie się po cyferkowej drabinie jest motywujące. Nie inaczej było w moim przypadku. Pamiętam, jak na początku myślałem sobie, że dobrze byłoby zrobić 6.2, a później zacząć jeździć w góry… Szybciej lub wolniej padały pierwsze 6.1, 6.2, 6.3, 6.4. W tamtym czasie nie działałem według bardzo szczegółowego planu. Po prostu z sezonu na sezon lub wskutek stosowania różnych rodzajów treningu (i powrotów po kontuzjach) chciałem robić trudniejsze drogi, wspinać się lepiej. Podświadomie wiedziałem, że przejście drogi o trudnościach 6.5 będzie ukoronowaniem mojej wspinaczkowej pasji. I wtedy uświadomiłem sobie, że aby to zrealizować, potrzebuję konkretniejszego planu.

 

 

 

Wcześniej nie stawiałem sobie takiego celu. Wychodziłem z założenia, że dopóki nie poprowadzę trudnych dla mnie dróg o niższej wycenie, to nie ma sensu iść dalej. Krótko mówiąc, upór, który do tej pory pozwalał mi robić postępy, w tym momencie zaczął działać na moją niekorzyść. Na szczęście w porę zrozumiałem, że jeśli mam konkretny cel, nie jest to najprostsza i najlepsza droga. Wiedziałem też, że następnych miesiącach i latach prawdopodobnie nie będę miał aż tyle czasu na wyjazdy w skały, co jeszcze spotęgowało motywację.

 

 

 

Cel był specyficzny i wymierny. Potrzebowałem jeszcze wybrać jedną konkretną drogę i określić, ile czasu daję sobie na jej przejście, co wcale nie było łatwe, bo miałem niezrealizowane projekty z zeszłych lat, wiele polecanych dróg i ograniczony czas. W poprzednich latach rzadko jeździłem w skały na 1-2 dni, bo mogłem pozwolić sobie n studenckie 2-3 tygodniowe wyjazdy. Teraz, gdy ze względów zawodowych perspektywa dłuższych wakacji odpadła, lepszą opcją było pojechać na tygodniowe rozwspinanie i wyznaczyć konkretną ilość weekendowych wyjazdów. Taki plan wymagał ode mnie większej dyscypliny, ale umożliwiał skupienie się na jednym celu, bez zaniedbywania innych sfer życia.

 

 

 

Plan tworzyłem na początku roku, więc zanim doszło do wyjazdu, musiałem zrealizować cel krótkoterminowy - trening. Do tej pory w swoich treningach często uwzględniałem ćwiczenia i dyscypliny niebędące specyficznie wspinaczkowe, a to w większym lub mniejszym stopniu mogło wstrzymywać progres wspinaczkowy, choćby przez pochłanianie czasu i energii. Tym razem potrzebowałem zahamować swój sportowy zapał i skupić się na treningu pod „skały”, który nie zawsze musiał być tym najprzyjemniejszym. Chodziło o trening palców, małe przewieszenie, równowagę, wstawanie na mniejszych stopniach, jak i zachowanie siły i sprawności z kontrolą wagi w niższym zakresie niż np. kiedy robiłem inne ćwiczenia czy wspinałem się na sztucznej ścianie w przewieszeniu.

 

 

 

Po rozważeniu wszystkich za i przeciw plan był taki. Aby zrobić 6.5 do końca czerwca (tutaj mamy konkretny termin), potrzebuję:

 

1. Ułożyć bardziej specyficzny trening, rezygnując z innych rodzajów treningu. Plus oczywiście ten plan realizować.

 

2. W maju zacząć jeździć w skały, poświęcić na to jeden majowy wyjazd w celu rozwspinania w polskich skałach i wyboru jednej drogi do realizacji. Następnie zrealizować wyznaczoną ilość (4-6) weekendowych wyjazdów.

 

 

 

CZY CEL JEST REALISTYCZNY? A teraz najważniejsze pytanie: czy ten cel jest realistyczny? Jeśli chodzi o poziom sportowy jak i czas, był to górny pułap możliwości. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem silnych palców, co jest kluczowe zwłaszcza w pięknym polskim wapieniu. Jak wiadomo, rolę odgrywają też niezależne od nas czynniki jak choćby pogoda (na majówkę najpierw lampa, potem śnieg - znacie to?). Pomimo tego uważałem, że nie są to marzenia chłopca o zostaniu kosmonautą (mało realistyczne), a raczej strażakiem (większe szanse).

 

 

 

CZY MAM WSPARCIE? Żeby dostać wsparcie otoczenia, o całym planie opowiedziałem żonie i poprosiłem o wspólne wyjazdy w skały. Bez jej pomocy byłoby to niemożliwe. Zawsze dobrze mieć kogoś, kto cię zrozumie i będzie cierpliwie towarzyszył w drodze do celu. Nawiązałem kontakty ze starymi jak i nowymi znajomymi wspinaczami, którzy porównaniu do mnie byli weekendowymi wyjadaczami. Poprosiłem też doświadczonego łojanta o listę klasycznych dróg na Jurze. Jak się potem okazało, droga, na którą się zdecydowałem (klasyk Podzamcza Ommadawn direct) była jego pierwszym 6.5, co stanowiło dodatkowe wsparcie i motywację.

 

 

 

JASNY CEL I DZIAŁANIE. Ponieważ postawiłem sobie za cel jedną drogę (pozostałe miały być formą przygotowania do tej wybranej), cel ten idealnie wpisał się w zasadę „jedna zmiana w czasie”. Nie rozpraszałem się innymi drobniejszymi celami.

 

 

 

Na drodze do celu wydarzyło się wiele mniejszych i większych przygód. Towarzyszyły mi różnorakie czarne myśli, które bez problemu mogły przerodzić się w niszczący pesymizm, np.

 

„Mam za słaby środkowych palec, by zrobić cruxa”

 

„Nie dam rady się skoncentrować, kiedy wszyscy wokół są napięci”

 

„Nie wiem, czy wraz z końcem tygodnia zdążę skończyć pracę i będę mógł pojechać w skały”

 

„Znów nie wiadomo, jaka będzie pogoda, a ostatnio nie dało się wspinać”

 

„Jednodniowy wyjazd w skały - czy to w ogóle ma sens?”

 

„Asekurant miał wypadek, nie sądzę, by znów chciał jechać w skały”

 

I tym podobne… Przede wszystkim z powodu silnej motywacji, wsparcia i jasnego planu, myśli te nigdy nie przerodziły się w niesprzyjające zachowania i nawyki.

 

 

 

Czas treningów, wyjazdów i prób wymagał ode mnie ciągłego wychodzenia poza sferę komfortu, od kwestii organizacji, po ciągłe zmaganie się ze słabościami. Miałem to szczęście, że plan udało mi się zrealizować właśnie w tym czasie. Aby mogło się to dokonać, potrzebowałem m.in. skupić się na tym, co poddaje się kontroli, czyli zachowaniach i nawykach.

 

·         Trenować zgodnie z planem. Przez 50% czasu trenować swój najsłabszy punkt robiąc to, za czym nie przepadam.

 

·         Jeść tak, by kontrolować wagę w wyznaczonych granicach.

 

·         Zaplanować wyjazdy. Przeznaczać na nie określony budżet i konkretne terminy.

 

·         Zorganizować partnerów wspinaczkowych.

 

·         Wyznaczyć konkretną ilość dróg do realizacji, podobnych w charakterze do celu głównego.

 

·         Wybrać drogę która będzie trudna, ale możliwa do zrealizowania.

 

·         Wyjeżdżać i próbować drogę-cel główny, jednocześnie rezygnując z innych przejść.

 

 

 

CO PO SUKCESIE? Po sukcesie nastał okres kilkudniowej euforii, która później przerodziła się w długoterminową satysfakcję. Jak to zwykle bywa, pojawiły się też pomysły realizacji następnych dróg. Wydało mi się, że skoro jeden tak duży cel mam za sobą, śmiało mogę iść dalej. Pomimo tego, żadnego z tych większych wspinaczkowych celów nie zrealizowałem. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie spełniały one poniższych kryteriów.

 

·         Nie były ważniejsze od innych celów życiowych.

 

·         Ich realizację traktowałem jako możliwy dodatek, opcję.

 

·         Inne cele traktowałem bardziej poważnie i lepiej rozpisywałem.

 

·        Otoczyłem się i poprosiłem o wsparcie ludzi, którzy pomogli mi w realizacji innego rodzaju przedsięwzięcia.

 

·         Realizowałem się także w innych dyscyplinach i ćwiczeniach, co pozwalało po części mieć podobną satysfakcję jak ze wspinania.

 

·         i wiele innych

 

 

 

Dzięki uświadomieniu sobie powyższego, nie odczuwałem frustracji. Najważniejsze było osiągnięcie celu sportowego i doświadczenie, które z niego wyniosłem. To dało mi siłę do realizowania innych celów życiowych.

 

 

 

PODSUMOWANIE. Sukces jest tym, czym go nazwiesz. Nie ma stałych, sztywnych kryteriów. Ważne jest to, co chcesz osiągnąć, niezależnie, czy będzie to regularne chodzenie na ściankę czy przejście trudnej drogi. Z pewnością możesz to osiągnąć, jeśli Twoje pragnienia rozłożysz na pojedyncze elementy. Czym trudniejsze cele, tym więcej kryteriów powinni spełniać. Według mnie do najważniejszych należy głęboka motywacja, prosty realny plan, rezygnacja z tego, co zbędne i wparcie otoczenia. No i oczywiście „a muerte” kiedy przyjdzie czas na prowadzenie.

 

 

 

 

 

Instrukcja do 9c. Część I - link

 

Instrukcja do 9c. Część II - link

 

 

 

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd